Dobór wzmacniacza do nagrywania lub grania wogóle jest determinowane prze to co mamy i na co nas stać.
Choć wszystkim nam marzą się ściany, ułożone z lampowych head’ów i wielkich paczek, nie znaczy wcale, że posiadając małego tranzystorka nie będziemy mogli nagrać potężnych gitar. Wykorzystanie małych tranzystorowych wzmacniaczy jest polecanym wyjściem zwłaszcza dla mieszkańców bloku. Duże, lampowe wzmaki trzeba mocno rozkręcać, żeby wydobyć z nich najlepsze i najpełniejsze brzmienie, co może nie spodobać się sąsiadom. Inaczej ma się sprawa z tranzystorami, które całkiem przyzwoicie brzmią nawet po cichu. Ciche granie zmniejsza też ryzyko nieprzyjemnych szumów, syków, bzyków itp.
Co do wykręcania brzmień na wzmacniaczu nie ma niestety żadnych idealnych parametrów, które sprawdzą się w każdych warunkach. Każdy sprzęt ma swoje unikalne brzmienie oraz inną ilość i barwę w każdym punkcie korekcji.
Najlepszym moim zdaniem sposobem na poznanie pieca jest rozkręcenia gałek korekcji (bas, środek, góra) na tzw ustawienia zero, czyli na godzinę dwunastą, następnie zdejmowanie lub dodawanie tych pasm, których jest za dużo lub za mało. Należy uważać by nie przesadzać z dołem, bo o ile w dole jest potęga, to i tak będzie trzeba go później uciąć podczas miksu, gdyż będzie zbyt mocno dudnił lub wchodził w paradę w pasmach przeznaczonych dla basu i stopy. Nie zapominajmy również o środku, bo o ile lubimy mocno rozkręcać dół i siarczystą górę, to często zapominamy o środkowej gałce, myśląc, że im mniej środka tym ciemniejsze i bardziej pożądane brzmienie. Niestety brak tego pasma rzutuje na selektywność naszej gitary oraz dzięki niemu możemy wpływać na właściwy koloryt naszego wiosła. Niektóre wzmacniacze wyposażone są w gałki podpisane „presense” lub „contour”. Warto zwrócić na nie uwagę ze względu na ich działanie w paśmie o przedziale 1-5 KHz, czyli paśmie prezencji, które uwydatni nasze kostkowanie i wirtuozerię ;). Niemal każdy z nas na początku lubował się w rozkręcaniu gain’a na mocnym przesterze. Takie podejście wiąże się z osłuchaniem ze swoimi, ulubionymi guru gitary, którzy grają na legendarnych, lampowych wzmakach, które ze względu na lampowe nasycenie i zwiększoną ilość harmonicznych składowych w szczytach brzmienia, mają o wiele więcej mięcha niż nasze małe, tanie, tranzystorowe comba. Jednak poprzez rozkręcanie gaina na całą p*** jedyne co zyskujemy to zwiększoną ilość szumów i przekompresowanie sygnału, przez co nasza gra staje się płaska i pozbawiona dynamiki. W większości przypadków (nawet w metalu) poziom gainu wystarczy ustawić na godzinę pierwszą, może drugą, ale nigdy nie powinno się przekraczać godziny 15-stej.
Jeżeli ciągle będzie nam czegoś brakowało w naszym przesterowanym potworze lepiej użyć zewnętrznej dopałki.
Dopałka to nic innego jak efekt overdrive (najczęściej w formie kostki wpiętej w linie), który wprowadza do sygnału więcej brzmień harmonicznych, pogrubiając sygnał i dodając wszystkiemu mięcha.
Najczęściej używanymi dopałkami są efekty, będące w istocie zminiaturyzowanymi wzmacniaczami lampowymi, w których lampy zastąpione zostały przez diody. Do najpopularniejszych należą zielone kosteczki typu Ibanez Fat Cat, Maxon Overdrive oraz cała bliźniacza do niego, legendarna rodzina Ibanez Tube Screamer’ów jak klasyczny TS 808, TS 27 z nieco większym podbiciem góry itd. Ja osobiście używam TS Mini, który potrafi być o ponad połowę tańszy, zajmuje mniej miejsca w pedalboardzie, a mimo to produkowany jest oryginalnie w japońskich fabrykach Maxona (a nie w Chinach) i jakościowo niczym nie odbiega od wspomnianego TS 808.
Jak używać takich zabawek? Przede wszystkim najważniejsze jest rozkręcenie gałeczki level, która zarówno podbija sygnał jak i dodaje do niego lampowego nasycenia (ocieplenia). Jeśli chcemy możemy również dodać nieco drive’a, który pogrubi nasze riffy. Pamiętajmy tylko, że jedynie dopalamy nasz przester więc radziłbym nie przekraczać 1/3 poziomu regulacji, aby uniknąć tego samego zjawiska, co przegięcie z gainem. Poza tym zależnie od modelu mamy mamy jedno lub więcej pokręteł tone do regulacji barwy od ciemnej do jasnej.
Jeżeli nie mamy rzeczywistej kostki, racka, to nic nie stoi na przeszkodzie, aby pobawić się cyfrowymi symulacjami.
W przypadku gitar bardzo pomocnym narzędziem jest bramka szumu, która wytłumia szumy i sprzęgi w momentach ciszy (czyli kiedy nie gramy, np podczas pauz). Wpinamy ją najczęściej zaraz za gitarą, aby ucinała sygnał z szumiących i sprzęgających przystawek. Jeżeli mamy bramkę w rodzaju Boss Noise Supressor NS 2, która ma wewnętrzną pętle, umożliwiającą użycie jednej kostki dwa razy. Możemy takową wpiąć liniowo, co wytłumia nam przystawkę gitary, a pętle możemy wpiąć do pętli efektów we wzmacniaczu, co dodatkowo wytłumia szumy wszystkich wpiętych w linie kostek oraz przedwzmacniacza w naszym wzmaku.
Ważna uwaga, że bramki wytłumiają jedynie szumy, istniejące podczas ciszy, ponieważ kiedy uderzamy w struny szum jest integralną częścią sygnału, więc musimy w taki sposób dobierać sprzęt i parametry, aby było go możliwie jak najmniej.
Opisałem tutaj jedynie podstawowe, ale i najważniejsze moim zdaniem zabiegi. Nic nie stoi na przeszkodzie, a wręcz zachęcam wszystkich do własnych poszukiwań tak parametrów, jak wykorzystywania najróżniejszych efektów.
Poszukiwanie własnego, niepowtarzalnego brzmienia jest fantastyczną frajdą i zabawą. Pamiętać jednak należy o najważniejszej zasadzie czy to w sterowaniu brzmieniem naszego instrumentu, czy każdym procesie produkcji muzyki, mianowicie o umiarze. Jeśli się zastanawiamy czy dać czegoś mniej czy więcej, zawsze lepiej dać mniej. Każdy doświadczony realizator dźwięku przyzna rację, że to właśnie mniej znaczy więcej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz